niedziela, 12 sierpnia 2012

tabletka



   Przypomniała mi się dzisiaj taka akcja z mojego dzieciństwa, którą szczegółowo pamiętam do dzisiaj.
   Miałam 6 lat. Byłam z rodzicami na wsi u siostry taty. Jako, że od małego nie miałam koleżanek, tylko kolegów, bawiłam się z synem kolegi mojego wujka, Grzesiem starszym ode mnie o 2 lata. Pewnego dnia, Grześ wyciągnął mnie na dwór. Powiedział, że zakosił bratu jakąś tabletkę, którą znalazł w jego pokoju. Mówił, że to chyba jakaś dobra tabletka, bo Chimek ma ich dużo i często je bierze. Postanowiliśmy więc przekonać się o cudownych właściwościach białej tabletki na własnej skórze i przełamaliśmy ją na pół. Każde z nas wzięło po połowie. Później chwilę pobiegaliśmy za kurami ( :D ), pobawiliśmy się z psem i każde z nas wróciło do domu. Jazda zaczęła się wieczorem. Mama położyła mnie spać, ale ja... Ja nie mogłam zasnąć. Wcale nie dlatego, że źle się czułam. Nie było mi nawet nie dobrze. Po prostu wszędzie wokół były węże. Wiły się pod moim łóżkiem, na podłodze, na fotelach, pełzały po ścianach... Zaczęłam krzyczeć i płakać. Rodzice, ciocia i wujek wpadli przerażeni do pokoju i patrzeli na mnie w osłupieniu. A ja krzyczałam, żeby zabrali 'te węże'. Mama ze łzami w oczach podeszła do mnie i dotknęła mojego czoła. Okazało się, że płonę żywym ogniem. Zmierzyła mi temperaturę. 41 stopni. Ja krzyczałam coraz to bardziej, błagałam, żeby zabrali mnie od tych węży. Tata zadzwonił po karetkę. Kiedy mama wyszła ze mną do holu, żeby mnie ubrać, zaczęłam jej się wyrywać, jakby mnie coś opętało. A ja po prostu widziałam węże, które zaczęły ją obchodzić. Nie wiem co działo się potem, bo byłam tak przerażona, że straciłam przytomność. Jeden plus, wreszcie skończyłam krzyczeć. Cisza jednak nie trwała zbyt krótko, bo kiedy zemdlałam, alarm podniosła mama.
   Obudziłam się w szpitalu. Dostałam coś na zbicie gorączki. Lekarze mówili, że teraz powinno być dobrze. Jednak ja nadal miałam halucynacje. Kiedy zobaczyłam, że węże zaczynają wchodzić na moje łóżko, wskoczyłam stojącemu przy łóżku wujkowi na ręce. Ale wąż siedział też na jego ramionach. Znów zaczęłam płakać i krzyczeć. Lekarze przybiegli natychmiast. Byli zszokowani. Nie mieli pojęcia jak mi pomóc, ponieważ nie wiedzieli skąd biorą się halucynacje. W końcu do mojej sali zbiegli się chyba wszyscy lekarze (no dobra, nie wiem czy wszyscy, ale pamiętam, że było ich bardzo dużo), dostałam jakiś zastrzyk i zaczęłam zasypiać, czując na sobie spojrzenia kilkunastu par oczu. 
   Przez to, że byłam mała, nie potrafiłam zrozumieć tego co się stało. Przez następny tydzień spałam z rodzicami w jednym łóżku i nie odstępowałam ich na krok, ponieważ tak panicznie bałam się spotkania z jakimś wężem. 
    To było najbardziej traumatyczne przeżycie mojego dzieciństwa. Piszę o nim, ponieważ grałam ostatnio ze znajomymi w grę w pytania. Trafiło mi się pytanie o wydarzenie z dzieciństwa, które najbardziej utkwiło w mojej pamięci. Nie mogłam się zdecydować o czym opowiedzieć, więc nie opowiedziałam o niczym i obiecałam, że jak sobie przypomnę coś z dreszczykiem to opowiem. No i voila, oto moja opowieść. Dodam jeszcze, że później się dowiedziałam, że Grzesiu całą noc wymiotował i mówił coś o rozsypanym szkle. Nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałam. Ciekawe co on widział...
   No i do dziś zastanawiam się, czy tą tabletką którą zjadłam nie było przypadkiem LSD.









Bo czym by był dzień bez Summer Paradise w radiu -.-