sobota, 18 sierpnia 2012

host family conversatioooon

No więc jestem umówiona z Laurą na Skajpaja na 6.30 czasu chicagowskiego, czyli 13.30 u nas.
Jestem tak zestresowana, że rozbolał mnie brzuch. Czuję się jakbym miała jeszcze raz zdawać prawo jazdy xD
No nic, najwyżej jej tam zemdleję przed kamerką.
Zdam relację później. No chyba, że umrę.
...
...
...
co jest wielce prawdopodobne.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Chicagoooo!

A więc... Chicago... IM COMIIIIING!!! 
Mało tego, że to trzecie pod względem wielkości miasto amerykańskie.
W dodatku to tam kręcony jest mój ulubiony serial 'Emergency Room'!
Nie wiem czy płakać czy sikać ze szczęśaia ;D

środa, 15 sierpnia 2012

im just a kid and life is a nightmare

 aaaa błagam, niech mi się dzisiaj przyśni jakiś normalny sen. albo najlepiej niech nic mi się nie śni.
proszęproszęproszęproszęproszęproszęproszę!!

oł yeaaah

Mój deser to ten po lewej. Ani-po prawej. 
Więc tyle, jeśli chodzi o słodycz.

Dzisiaj dowiedziałam się, że nie mam uczuć. I to od kogo?
Mama: Jesteś bez uczuć.
Ja: No widzę, że nic ci dzisiaj nie umknie.

Mama: Mówię ci, mów wyraźniej, bo się z ojcem nie rozumiemy.
Ja: Bo jesteście głusi.
Mama: Narazie mi tylko wzrok szwankuje.
Ja: To nie wiesz, że ślepota idzie w parze z głuchotą?
Mama: Ciekawe z czym idzie w parze bezczelność.

No więc podsumowując dzisiejszy dzień: Nie mam uczuć i jestem bezczelna :)

dziękuję.

niedziela, 12 sierpnia 2012

tabletka



   Przypomniała mi się dzisiaj taka akcja z mojego dzieciństwa, którą szczegółowo pamiętam do dzisiaj.
   Miałam 6 lat. Byłam z rodzicami na wsi u siostry taty. Jako, że od małego nie miałam koleżanek, tylko kolegów, bawiłam się z synem kolegi mojego wujka, Grzesiem starszym ode mnie o 2 lata. Pewnego dnia, Grześ wyciągnął mnie na dwór. Powiedział, że zakosił bratu jakąś tabletkę, którą znalazł w jego pokoju. Mówił, że to chyba jakaś dobra tabletka, bo Chimek ma ich dużo i często je bierze. Postanowiliśmy więc przekonać się o cudownych właściwościach białej tabletki na własnej skórze i przełamaliśmy ją na pół. Każde z nas wzięło po połowie. Później chwilę pobiegaliśmy za kurami ( :D ), pobawiliśmy się z psem i każde z nas wróciło do domu. Jazda zaczęła się wieczorem. Mama położyła mnie spać, ale ja... Ja nie mogłam zasnąć. Wcale nie dlatego, że źle się czułam. Nie było mi nawet nie dobrze. Po prostu wszędzie wokół były węże. Wiły się pod moim łóżkiem, na podłodze, na fotelach, pełzały po ścianach... Zaczęłam krzyczeć i płakać. Rodzice, ciocia i wujek wpadli przerażeni do pokoju i patrzeli na mnie w osłupieniu. A ja krzyczałam, żeby zabrali 'te węże'. Mama ze łzami w oczach podeszła do mnie i dotknęła mojego czoła. Okazało się, że płonę żywym ogniem. Zmierzyła mi temperaturę. 41 stopni. Ja krzyczałam coraz to bardziej, błagałam, żeby zabrali mnie od tych węży. Tata zadzwonił po karetkę. Kiedy mama wyszła ze mną do holu, żeby mnie ubrać, zaczęłam jej się wyrywać, jakby mnie coś opętało. A ja po prostu widziałam węże, które zaczęły ją obchodzić. Nie wiem co działo się potem, bo byłam tak przerażona, że straciłam przytomność. Jeden plus, wreszcie skończyłam krzyczeć. Cisza jednak nie trwała zbyt krótko, bo kiedy zemdlałam, alarm podniosła mama.
   Obudziłam się w szpitalu. Dostałam coś na zbicie gorączki. Lekarze mówili, że teraz powinno być dobrze. Jednak ja nadal miałam halucynacje. Kiedy zobaczyłam, że węże zaczynają wchodzić na moje łóżko, wskoczyłam stojącemu przy łóżku wujkowi na ręce. Ale wąż siedział też na jego ramionach. Znów zaczęłam płakać i krzyczeć. Lekarze przybiegli natychmiast. Byli zszokowani. Nie mieli pojęcia jak mi pomóc, ponieważ nie wiedzieli skąd biorą się halucynacje. W końcu do mojej sali zbiegli się chyba wszyscy lekarze (no dobra, nie wiem czy wszyscy, ale pamiętam, że było ich bardzo dużo), dostałam jakiś zastrzyk i zaczęłam zasypiać, czując na sobie spojrzenia kilkunastu par oczu. 
   Przez to, że byłam mała, nie potrafiłam zrozumieć tego co się stało. Przez następny tydzień spałam z rodzicami w jednym łóżku i nie odstępowałam ich na krok, ponieważ tak panicznie bałam się spotkania z jakimś wężem. 
    To było najbardziej traumatyczne przeżycie mojego dzieciństwa. Piszę o nim, ponieważ grałam ostatnio ze znajomymi w grę w pytania. Trafiło mi się pytanie o wydarzenie z dzieciństwa, które najbardziej utkwiło w mojej pamięci. Nie mogłam się zdecydować o czym opowiedzieć, więc nie opowiedziałam o niczym i obiecałam, że jak sobie przypomnę coś z dreszczykiem to opowiem. No i voila, oto moja opowieść. Dodam jeszcze, że później się dowiedziałam, że Grzesiu całą noc wymiotował i mówił coś o rozsypanym szkle. Nigdy z nim na ten temat nie rozmawiałam. Ciekawe co on widział...
   No i do dziś zastanawiam się, czy tą tabletką którą zjadłam nie było przypadkiem LSD.









Bo czym by był dzień bez Summer Paradise w radiu -.-

sobota, 11 sierpnia 2012

modlitwa o sen





Uwielbiam być w tym nastroju, kiedy każda najmniejsza nawet rzecz jest prześmieszna! xD

Fragment książki Jeffrey'a Deaver'a "Modlitwa o sen":
Policjant zaśmiał się zduszonym śmiechem.
-Dlaczego o tym nie zameldowaliście?
-Zameldowaliśmy, że Callaghan umarł -powiedział Adler.
-Wie pan, o czym mówię, panie doktorze.
-Myślałem, że go złapiemy bez hałasu.
-Jak mianowicie? Posłaliście po niego dwóch sanitariuszy i wynik jest taki, że jeden dał sobie rozwalić rękę, a drugi zesrał się w kombinezon.

Musiałam odłożyć książkę na pół godziny, żeby się uspokoić. Niepotrzebnie sobie to wyobraziłam.

Wdech... wydech... wdech... wydech... Okej... wracam do czytania.





Wyślę się tam.
http://www.youtube.com/watch?v=Ajq4Ek-jChA

piątek, 10 sierpnia 2012

dara i sahara


Zegar z peronu 9 i 3/4 pokazuje godzinę 21.28. Sara znów myśli o jedzeniu. W telewizji akurat puszczają reklamę z Okrasą i Pascalem.
Ja: Kogo byś wolała, Pascala czy Okrasę?
Sara: Tego który lepiej gotuje. I więcej.

(Sara wypełnia mi referencję personalną do CC)
-Daria dużo je... więc będzie państwa dzieciom wyjadać jedzenie z talerza... więc będą chude. Co jest dużym sukcesem w Ameryce...

No i na koniec, hasełko wróżbity Macieja:
Karty przede wszystkim pokazują, że jest pani osobą mającą serce na talerzu.

Na dobranoc ]xD  słodkich snów!

weeeennnnnaaaa

paczymy z Anką.


A więc. Książka, którą piszę (tak taaak, I'm a writer), doczeka się publikacji. Muszę jednak jeszcze dopisać parę rozdziałów, a na oddanie manuskryptu mam pięć tygodni. Brakuje mi jednak weny. Muszę uśmiercić jednego z bohaterów książki, za pomocą innego bohatera. Nie mam jednak pomysłu na jakąś ciekawą makabryczną śmierć. Do głowy przychodzą mi takie zbrodnie jak podcięcie nadgarstków wiszącemu na moście, obranie ze skóry albo dosypanie do jedzenia skruszonego szkła, co po przedostaniu się drobinek do krwiobiegu spowodowałoby przebicie wszystkich żył. Z tym że to akurat byłby plagiat. Wszystkie te sposoby uśmiercania pojawiły się w genialnych powieściach mojego ulubionego autora, Jeffrey'a Deaver'a.
...
...
...
Potrzebuję weeeenyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy!!!!

My Wena is lonely tonight
She cries when I turn out the light
She's only happy when I'm holding her tight
Oh, my Wena
Take a look at my Wena



 A oto dająca do myślenia historia... Kiwi ;)
http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=KIqXwgX5NvY#!

piątek, 3 sierpnia 2012

end of jastarnia


A więc. 16 lipca skończyła się jastarniana sielanka i doznałam brutalnego zderzenia z rzeczywistością :D
Było cudownie. Poznałam wspaniałych ludzi, ale i tak ciągle uważam, że mój pierwszy rok w Jastarni był najlepszy. Kiedy znowu pojadę na spotkanie z tą bajkową miejscowością? Zapewne dopiero po powrocie ze Stanów.


Dziękuję Iwonie (szalonej fance Grubsona ;P ), panu Stasiowi (za którym poszłabym w ogień), pani Dorotce (którą wtajemniczyłam w moją małą intrygę dotyczącą mojego męża), pani Maricie (która codziennie rano, nawet w te pochmurne dni obdarzała mnie słonecznym uśmiechem), Marzenie (wiecznie młodej duchem), Magdzie (geniuszowi matematycznemu), Adze (która wprowadziła mnie w tajniki kelnerowania), pani Lilce (srogiej, ale dobrej szefowej), Damianowi (który robi najlepszy ryż z jabłkami i śmietaną na świecie :D ), pani Jadzi i pani Danusi (moim krajankom), pani Basi (za nieudolne próby godania ;D ), Kurczakowi (za to, że codziennie tak dzielnie nosił telewizory xD ), panu Grzesiowi (za cudowne poczucie humoru), panu Grzesiowi-Inżynierowi (za to, że musiałam z Anią uciekać ze stołówki a napadzie śmiechu, kiedy wspomniał o gazach ;P ), pani Bogusi (za papier :D ), Arkowi i Jurkowi (za to, że przywieźli nam nad morze śląsko godka, szlagry i fochy) i całej reszcie, a najbardziej pani Dinie i panu Andrzejowi, bez których tego wszystkiego bym nie zaznała. 


No i szurniętej Ani, którą brali za moją siostrę, dzięki której poznałam gamę przekleństw kiedy stłukła swój perfum z Pucka za 30 zł, która znosiła moje ciągłe gadanie o pewnym panu rehabilitancie, która znosiła też cierpliwie moje fochy i dziwne zachowania, z którą robiłam najgłupsze rzeczy pod słońcem (m.in. śpiewanie Ich Troje w środku nocy, kąpanie się w lodowatym morzu pod koniec maja, lepienie faceta z piasku, skakanie na deszczu w sztormiakach) i z którą uciekałam przed dzikami. Dzięki Ania :D