środa, 21 marca 2012

Dzisiejszą przygodę życia mogę śmiało zaliczyć do najbardziej przerażających.
Otóż jechałyśmy sobie z Beatą peugeotem do Żor. Jadąc chyba 50 na godzinę, Beata skręciła i wjechałyśmy pod prąd, bo co się okazało? Kierownica się zablokowała w jakiś magiczny sposób. Po moim 'Jezus Maria' jakoś cudem chyba udało jej się skręcić i ocalić nas przed lądowaniem w szczerym polu. Ale to nic. W drodze powrotnej, na drodze szybkiego ruchu (70/h), peugeocik jakby odmówił posłuszeństwa i zaraz za skrzyżowaniem chciał stanąć. Beata najpierw wjechała tyłem na chodnik blokując przejście dla pieszych, a później cudem udało jej się dojechać na wysepkę. Kiedy wydawało się, że auto już 'odsapnęło', udało nam się jakoś wyjechać z Żor i dojechać do Rogoźnej, gdzie Beata rozwinęła prędkość do 60/h, ale dając gazu do dechy skończyło się na marnych 10 km/h. Znów CUDEM podjechałyśmy na kościelny parking, gdzie czekałyśmy na odholowanie przez tatę Beaty i na to aż Jezus zejdzie z krzyża i nas ugryzie, przy okazji zmieniając co rusz miejsce parkingowe z racji tego, że był kompletnie pusty. A potem się okazało, że nie było paliwa... Wniosek do zapamiętania? Kiedy tata mówi, że paliwa wystarczy na jakieś 400 km, należy podzielić liczbę przez jakieś 50. Co poza tym? Nie jeździ się z przekręconym na maksa kluczykiem w stacyjce...

Na górze: relacja na żywo spod kościoła.